września 09, 2014

Fitness i lenistwo na wesoło

Słyszeliście o pozytywnym leniuchowaniu? O najlepszym sposobie na leniuchowanie dla fitnesski? Ja też do tamtego dnia. Dopadło mnie przesilenie zimowe, wiosenne, letnie wszystko do kupy. Naprawdę przyznaję się: przez kilka dni leniuchuję. Karnet na fitness w tym tygodniu leży odłogiem, torba z butami się kurzy. A ja tymczasem w najlepsze robię wszystko inne, tylko omijać szerokim łukiem. Zażywam lenistwa jak spragniony cytryny chory na szkorbut. Totalnie klapa.

Ale nie o tym dzisiaj post. Jak leniuchować każdy wie najlepiej, lecz jak najlepiej leniuchować... o to już z tym problem. Wpis, który przeczytasz, to historia od innej strony. Tej lepszej. Gdy dotrzesz do końca będziesz już mistrzem w pozytywnym leniuchowaniu?

Wstań!
Akurat nie będzie to motywacja do "...i zrób kilka przysiadów", choć to też przydatne, tylko po prostu nie siedź. Gdy siedzisz ponoć robisz sobie więcej szkody niż paląc jednego papierosa. Krew spływając zatrzymuje się w pachwinach. Tkwi tam niczym woda przed wielką tamą albo emeryci przed otwarciem supermarketu. Twoje nogi w efekcie cierpią na czasowe niedokrwienie, puchną i w finalnym rezultacie tracą apetyczny wygląd na dłuższą metę takiego posiadywania. A tego przecież nie chcemy! Nałogowcem od nikotyny nie jestem, więc nie mam zamiaru wyrządzać sobie takich szkód. Więc wstaję!

Zorganizuj sobie towarzystwo!
Zawsze dobrze, ale najlepiej w doborowym towarzystwie. Jak już lenić się to w grupie. Zwłaszcza, że dobra grupa to podstawa wzajemnej motywacji. Zadzwonię po znajomych... gdy nagle orientuję się, że przecież jestem na dziś wieczór umówiona. Do klubu! Tiu tiu! Do wyjścia o 17:00 jeszcze czas. Stoję tak z tym laptopem w rękach i piszę ten post, kiedy to dzwoni do drzwi sąsiadka "po cukier".
 - A tak się w napracowałam w ogrodzie, że całe plecy mnie bolą. Ach, nie mam już sił po ten cukier na rowerze jechać do sklepu.
- Tak, tak, rozumiem - odpowiadam biegnąc po schodach do kuchni.
- Wiesz, tyle schylania, przysiadów. Tu się po coś pójdzie, tam się pokopie. Chwasty powyrywałam... - dobiega mnie.

Nagle mnie oświeca. Ogrodnicze prace - świetna dawka ruchu, a przecież wykonuje się zwykłe czynności porządkowe. Przecież to najprawdziwszy fitness w plenerze - squaty z kopaczką, martwe ciągi z doniczkami, wypady z podsypywaniem nawozu i na koniec aeroby z kosiarką! To jest to!

Codzienne czynności
Już byłam bliska wzięcia sekatora w swoje ręce by trenować siłę z bluszczem przed w ogrodzie i całkiem bliska by uskuteczniać wspinaczkę na śliwę i zrzucać dojrzałe owoce. Gdy to dobiegł mnie nagle zapach ukochanej spalenizny. Grill!

Obserwuję sąsiada. Grillowanie. To dopiero wycisk! Sztafeta z węglem drzewnym, stanie przy grillu, szermierka szpikulcem do kiełbasek i przewracanie ciężkich kurczaków na rożnie. Na dokładkę cardio i wymachy rękami przy odganianiu komarów, a na koniec szybka przebieżka z rożnem, kiełbaskami i musztardą w ucieczce przed deszczem. Widząc ciemne chmury wywracam oczami i biorę się za inny domowy fitness.

Sprzątanie, czy jak kto woli, modnie brzmiące cleaning, wyrafinowanie house keeping czy wszechstronny trening house duties okazuje się całkiem niezły. My za fitness słono płacimy a tu taki HouseFit!!! Na rozgrzewkę bieg z odkurzaczem i krok odstawno-dostawny z miotłą. Potem już właściwe ćwiczenia na mięśnie rąk: martwy ciąg z wiadrem wody, mycie podłogi spalające 250 kcal/h, wyciskanie ścierki i warte przez godzinę bagatela 240 kcal ścieranie kurzy. Trening interwałowy też już jest: układanie rzeczy na swoje miejsce. Odrzuciłam dumnie zmęczone włosy. Na koniec miała już być dłuższa przebieżka z koszem na śmieci, ale odezwał się telefon! Krótkie spojrzenie na zegarek!
 - O rany! Jak późno! Muszę kończyć. Imprezaaaaaa!

I zaczął się intensywny trening fat burning!
Bieg do szafy, do łazienki i z powrotem. Szybki trening prawej ręki w makijażu i sprint na czas do przedpokoju. "Gdzie te przeklęte buty!" Wylosowano wśród miliona nieswoich par: "Wysokie Trzynastki". Już tylko szybki bieg do drzwi wyjściowych i jedna prosta na przystanek. (Owszem, tak, na przystanek - przecież z procentami w krwioobiegu się kierownicy się nie chwyta). Na łeb na szyję! Biegiem! Byle szybko! Jeszcze zostały trzy minuty! Co za maraton! Namęczyłam się strasznie - biegłyście kiedyś kilometr w 13 cm obcasach? Radość z wysiłku tego dnia i z tego, że dobiegłam. Gorzej z efektem. To nic, że autobus mi uciekł.

Byle w ruchu.
Jak to w klubie nie ma wymówek - wszyscy tańczą. Śmiejemy się, tańczymy, żartujemy i wciąż tańczymy. Każde 5 minut śmiechu to 2 minuty dłuższego życia. Tak mija 1 godzina dyskotekowego tańca, przy której spala się ponoć średnio 500 kcal. Nadal tańczymy. 2 i 3 godzina dalej w tańcu z drobną przerwą na namoczenie warg i dalej na wycisk! Prawdziwy maraton fitness! Instruktor z fitnessu byłby ze mnie dumny! Jest tak świetnie, że tańczymy bez wytchnienia i wylewamy siódme poty.

Wracam do domu o... nie powiem jakiej porze. Zadowolona, że udało mi się tak dobrze leniuchować tego dnia. Pozytywne leniuchowanie to podstawa zmęczenia! Nie ma to jak dobre leniuchowanie!

5 komentarzy:

  1. Ale pozytywny post ! ;) W klubie pewnie byłabym w stanie zrobić minus w kaloriach za dwa poprzednie dni, gdyby nie to, że zwykle piję alkohol i nadrabiam ;P

    Odnośnie kaszki kukurydzianej:
    Szczerze mówiąc nie wiem jak w Polsce, bo w Dublinie dorwałam w polskim sklepie, ale pewnie będzie w każdym większym supermarkecie typu Auchan czy Tesco :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejuk, dzięki za komplement dotyczący posta! :) Heh, dlatego z alkoholem czasem sobie oszczędzam - bo waga następnego dnia pokaże mi 1 kg w doł! :D

      Twój komentarz o kaszce kukurydzianej czytałam u Ciebie na blogu. Dziękuję za podesłanie :) Pytam, bo na przykład kaszy jaglanej w Realu nie dostanę, a w Tesco też za to nie umiem jej namierzyć, choć ponoć jest :D

      Usuń
  2. Czytając post cały czas się śmiałam, świetnie to napisałaś :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mnie to cieszy!^^ :> Wpadaj częściej :)

      Usuń
  3. Hej ;) Przeglądam sobie blogi i zatrzymuję się jak coś mnie zaciekawi ;)
    Bardzo przyjemnie się czytało ;)
    u mnie aktualnie ciążowy stan- ale tyle zajęć się znajdzie, że tez aktywnie leniuchuję ;D
    oczekiwaniee.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że jesteś i dziękuję za Twój komentarz. Każdy jest dla mnie na wagę złota.
Jest bardzo prawdopodobne, że do Ciebie zajrzę.

Spodobał Ci się blog ---> zaobserwuj!

Proszę, nie zostawiaj adresów do swoich wpisów i artykułów.
Pozdrawiam ciepło!
Ness

TOP